• Wpisów: 360
  • Średnio co: 9 dni
  • Ostatni wpis: 8 lat temu, 22:02
  • Licznik odwiedzin: 23 278 / 3419 dni
 
natalia246
 
Krople porannego deszczu leniwie spływały po autobusowej szybie. Przeciągnęłam się z odrętwienia po nieudanej drzemce na twardym fotelu. Nie cierpiałam przemieszczać się autobusem, ale raczej nie stać mnie było na własne auto. Poza tym, byłam zmuszona jechać akurat tym środkiem transportu, ponieważ to ciotka opłaciła mi przejazd z góry. Ciocia Mariola była dość ekscentryczną kobietą, a jej dusza artystki kolidowała z byciem dorosłą i odpowiedzialną osobą. Właśnie z tego powodu wysłała mnie na święta bożego narodzenia do dziadków. Ona sama miała zamiar spędzić je, jak to kreśliła, „w trasie”, przez co nie stać ją było na dodatkowy balast w postaci siostrzenicy. Na rodziców również nie mogłam liczyć. Zmarli w wypadku samochodowym, z którego tylko ja, od dziwo, wyszłam cudem. Podobno jakiś nieznajomy wyciągnął mnie z płonącego wozu. Miałam 10 lat, a rzecz, którą najbardziej zapamiętałam z tamtego traumatycznego wydarzenia, to fioletowy krzyżyk zwisający z szyi mojego wybawcy.

To mój pierwszy raz, kiedy święta będę spędzać u dziadków. Ostatni raz widziałam ich jakieś dziewięć lat temu, tak więc nie oczekiwałam fajerwerków, jeśli chodzi o wspólnie spędzony czas. Dotychczas moja wigilia odbywała się w dość niekonwencjonalny sposób. Praktycznie w ogóle nie obchodziłam tego święta, chociaż bardzo chciałam. Ciocia Mariola miała „inne zajęcia” i to właściwie ja sprawowałam piecze nad nią, a nie odwrotnie. Jako dziesięciolatka szybko stałam samodzielna. Gotowałam, prałam, sprzątałam, a ciotka malowała, śpiewała, grała. Ledwo nam starczało na wiązanie końca z końcem, toteż, kiedy już prawo pozwalało, zaciągnęłam się na kelnerkę w okolicznym barze. Nie narzekałam na brak klienteli. Chodziły pogłoski, że niektórzy zaglądali do „Kaczej nóżki” tylko po to, aby móc popatrzeć na pracownicę „przystrojoną długimi nogami”. Nie powiem, nie należałam do osób brzydkich, ale nie odznaczałam się też jakąś wyjątkową urodą. Miałam długie, falowane blond włosy, zielone oczy i w miarę przyzwoitą sylwetkę. Nie narzekałam…
Moje rozmyślania przerwał komunikat z głośników, informujący o dotarciu autobusu do wsi Mikulczyce.
Tak, jak się spodziewałam, dziadkowie stali na peronie, dzierżąc w rękach tabliczkę z napisem „Zuzia”. Przypuszczałam, że spotkam się z tym staroświeckim stylem, o czym ostrzegła mnie ciotka, ale i tak poczułam niesamowite zażenowanie. Widziałam ich może trzeci raz w ciągu siedemnastu lat, ale od tego czasu i tak nie zmienili się zbytnio. Obydwoje siwi, poorani zmarszczkami, niewielkiego wzrostu. Babcia miała oczy dobrodusznej staruszki, a dziadek energicznego dżentelmena. Mimo to, nie zapałałam większymi emocjami na ich widok. To nie był mój pomysł, abym wyjechała na święta, nie mówiąc już o zacieśnianiu więzi rodzinnych.
Nasze powitanie było sztywne i krępujące, dodając nieporadne uściski i zakłopotane uśmiechy. Podróż w samochodzie również minęła nam w krępującej ciszy. Nie miałam im nic szczególnego do powiedzenia, a oni najwyraźniej mi również.
Wieś Mikulczyce poznawałam na nowo. Zapomniałam już o urokach tutejszej miejscowość. Pola, lasy, jeziora i łąki. Ot, swoista wieś, gdzie można znaleźć trochę czasu dla siebie i oderwać się od miejskiego zgiełku Warszawy.
- Twój pokój jest na górze, kochanie. Gdybyś czegoś potrzebowała, mów. Domyślam się, że niewiele pamiętasz. Tak rzadko u nas bywałaś. Możesz rozejrzeć się po okolicy, jeśli chcesz. Jutro pomożesz mi w przygotowaniach do wigilii. – oznajmiła babcia Teresa, kiedy już weszliśmy do przytulnego domku.
Rozpakowałam się sprawnie, gdyż moja torba nie miała jako takiej różnorodności jeśli chodzi o odzież.
Skorzystałam z rady babci i poszłam się przejść.
Było już późne popołudnie, ale śnieg nadal skrzył się pod wpływem zimowego słońca. Las był opustoszały. Tylko moje kroki w chrzęszczącym śniegu głośnym echem roznosiły się w przestrzeni. Poczułam, jak z mojego policzka spływa samotna łza. Prawie tak samotna, jak ja…
Kiedy przeszłam już niezły kawałek, zatrzymałam się widząc w oddali coś dziwnego. Na horyzoncie migotał kolorowymi światłami mały punkcik. Kiedy podeszłam bliżej, okazało się, że to choinka, która została przyozdobiona prawie tak, jak drzewka wigilijne domowego ogniska. Nagle zza świerku wyłonił się chłopak.
- Co tu robisz? – spytał nieprzyjemnie.
Miał czarne włosy, a jego niebieskie oczy były okalane gęstymi, długimi rzęsami. Czarna, motocyklowa kurtka opinała muskularne ramiona. Śmiało mógłby zostać modelem.
- Spaceruję… - odpowiedziałam, rumieniąc się lekko na widok jego oziębłego spojrzenia.
- Nie powinno cię tu być.
- Dlaczego stroisz choinkę w środku lasu? – zagadnęłam, nie zwracając uwagi na jego groźbę. Poza tym, byłam naprawdę ciekawa. Jednak najwyraźniej moje pytanie rozsierdziło go jeszcze bardziej.
- Stroję, bo mam taki kaprys. A ty czemu płaczesz?
Wcale nie powiedział tego z troski, tylko chciał się odgryźć w odpowiednio chamski sposób. Z miejsca go nie polubiłam, jednak postanowiłam, że i tak wszystko mi jedno czy  mu powiem, czy nie. Pragnęłam tylko się komuś wyżalić.
- Ciotka, u której mieszkam ma mnie totalnie gdzieś, a że rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Nie mam gdzie się podziać do czasu, aż nie uzyskam pełnoletniości, co stanie się dopiero za rok. Żeby się mnie pozbyć wysłała mnie do dziadków, których widziałam może ze trzy razy. Mam spędzić wigilie z ludźmi, których prawie nie znam. Ot, zwyczajne święta. – mówiąc to, rozpłakałam się jeszcze bardziej.
Oczy nieznajomego złagodniały, a na jego twarzy pojawił się współczujący uśmiech. Z wolna podszedł i objął mnie opiekuńczo ramieniem. Zaskoczona tym nagłym gestem, stanęłam odrętwiała.
- Już dobrze, dobrze. Przepraszam za moje zachowanie. Kacper jestem.
- Zuzanna.
- Bardzo ładnie.
- Twoje imię też nie brzmi najgorzej.
Zaśmiał się na ten kiepski żart z mojej strony. Staliśmy tak przez chwilę, a on taksował mnie spojrzeniem. Doprawdy, nie był to chłopak o wygórowanych manierach.
- Masz bardzo ładne oczy. – powiedział niespodziewanie.
I nagle, jakby poraził mnie prąd, przez moją głowę zaczęły przepływać setki wymówek.
- Eee… robi się późno. Babcia będzie się niepokoić. Miło było cię poznać. – prawie pognałam w drogę powrotną. Usłyszałam za sobą jeszcze tylko cichy głos Kacpra;
- Powodzenia, mała.

<3~~<3~~<3


Droga powrotna okazała się, jednak wcale nie tak łatwa, jak sądziłam. Wałęsałam się po puszczy już dobrą godzinę, a nadal nie potrafiłam dojrzeć przejaśnienia pomiędzy drzewami. Orientacja w terenie nie należała do moich mocnych stron. Kiedy zmrok zapadł na dobre, powoli zaczynałam wpadać w panikę.
- Mieszkasz w lesie, czy się zgubiłaś? – usłyszałam rozbawiony głos.
Za moimi plecami stał uśmiechnięty Kacper. Mina mu zrzedła, kiedy zobaczył mój, pewnie nie za wesoły, wyraz twarzy. – Ty naprawdę się zgubiłaś… - dodał już poważnym tonem.
- Jestem tutaj pierwszy raz od niepamiętnych czasów. Myślałam, że znam drogę, więc poszłam, obstawiając, że będę wiedziała, jak wrócić. Tu jest jednak tyle ścieżek i zakrętów i… i…
- Ej, ciii. – przerwał mój nerwowy monolog Kacper. Podszedł i ujął moją twarz w swoje ciepłe dłonie. Serce gwałtownie mi przyśpieszyło, ale o dziwo, czułam się bezpieczniej. Jak to możliwe, że znałam tego chłopaka zaledwie kilka godzin, a reagowałam na niego z takim entuzjazmem? Potarł delikatnie kciukami moje skronie, zaglądając głęboko w oczy. Moje policzki zapłonęły.  
- Już dobrze. Ważne, że ja znam drogę. Zaraz cię stąd wyprowadzę.
Spontanicznie wziął mnie za rękę, po czym poprowadził przez gęstwinę lasu.
- Zawsze masz taką orientację w terenie.
- Zawsze z tym miałam problem. Jak byłam mała rodzice wszczepili mi chip, aby mieli podgląd na to gdzie się znajduję.
Zaskoczyłam go tym wyznaniem. Najpierw patrzał z niedowierzaniem, a potem jego śmiech poniósł się w koronach drzew.
- Nie wierzę. – powiedział rozbawiony.
- Nadal go mam. – powiedziałam, wzruszając ramionami.
- Musiałaś się naprawdę często gubić.
Nie odpowiedziałam. Gdybym wyjawiła mu historię, kiedy to zgubiłam się w supermarkecie, dopiero miałby ubaw.  
- Jeśli to cię pocieszy, ja miałem odwieczny problem z dojściem do szkoły. Właściwie nadal go mam… - powiedział tajemniczym głosem, wolną ręką przeczesując swoje gęste włosy. Jego uścisk był tak bardzo przyjemny…
- Jak to?
- No bo, idę do szkoły i nagle, jakimś dziwnym sposobem ląduję z powrotem w domu. – powiedział ze złośliwym uśmieszkiem.
- To się chyba nazywa syndrom wagarowicza.
Śmialiśmy się długo, schodząc na inne tematy. I tak rozmawialiśmy o muzyce, filmach, książkach i zainteresowaniach, co chwila dziwiąc się tym, jak wiele mamy ze sobą wspólnego. Kacper pomimo swojej buntowniczej natury, lubił czytać książki, a jego poziom inteligencji był naprawdę wysoki. Od dziecka darzył prawdziwym zamiłowaniem motory i auta, a także jazdę konną i rybołówstwo.
Ani się obejrzałam, a już byłam pod domem.
- Właściwie to skąd wiedziałeś gdzie mieszkam?
- Mikulczyce to mała wioska Zuziu, żeby nie powiedzieć zadupie. Do zobaczenia.
Zniknął za zakrętem, a ja nadal rozkoszowałam się zdrobnieniem, jakiego użył do mojego imienia. Z tego wszystkiego zapomniałam go zapytać, co robił tak długo w tym przeklętym lesie.


<3~~<3~~<3

Po reprymendzie i zażaleniach ze strony dziadków na temat mojego późnego powrotu, w końcu poszłam pod prysznic i ułożyłam się spać. Proszę, proszę. Znam ich ledwie dobę, a oni już zachowują się, jak prawdziwi staruszkowie, pomyślałam.
Kiedy już leżałam z głową przyklejoną do poduszki, zastanawiałam się, jak to się stało, że nie zdołałam wygonić Kacpra z mojej głowy przez cały ten czas. Moje zachowanie było nielogiczne. Przecież poznałam go dopiero dzisiaj. Mimo to, obraz jego niebieskich tęczówek i czarnych, jak heban włosów wciąż majaczył mi przed oczami.
Tak zasnęłam, śniąc wciąż o tym samym…  


<3~~<3~~<3


Z samego rana pojechałam z dziadkiem do centrum po ozdoby choinkowe. Wybór był nieduży, zważywszy na to, że pod obiecującą nazwą „centrum”, kryły się dwa obskurne markety.
- Wiesz Zuzka, odkąd kiedy twoi rodzice odeszli, jakoś nie miałaś okazji by się z nami spotkać. – zagadnął dziadek Tadeusz, kiedy przemierzaliśmy ulicę. Nie powiedział tego w sposób kąśliwy, ale i tak poczułam się głupio.
- Ciocia nie chciała, abym utrzymywała z wami większych kontaktów.
- Tak, to cała Mariolka. Ona i jej wybuchowy charakter. Pokłóciliśmy się kiedyś o jej styl życia, a ona najwyraźniej do teraz ma nam za złe tą historię sprzed dziesięciu lat… - westchnął.
- Może nie poparliście jej, kiedy was potrzebowała. – powiedziałam, dopiero po sekundzie uświadamiając sobie, jak pretensjonalnie to zabrzmiało. – Przepraszam, ja…
- Nie, daj spokój. Masz całkowitą rację.
- Powinniście porozmawiać.
Dziadek posłał mi dobrotliwy uśmiech.
- To nie takie proste, Zuzko.
- Nie prawda. To jest proste. Tylko ludzie wmawiają sobie, że rzeczy, które boją się zrobić, są za trudne i odpuszczają.
Zaskoczyłam go tą uwagą.
- Mądra z ciebie dziewczyna. Na pewno skorzystam z twojej rady.
W przypływie emocji wzięłam go za rękę. Znieruchomiał, ale już potem jego wąsy uniosły się w górę z radości.
- Chodźmy już na te wielkie zakupy.
- W tym zadupiu nie nazwałbym tego zakupami tylko polowanie na przyzwoite skarpety mikołaja z odzieży używanej. – mruknął dziadek.
Otwarłam buzię, słysząc, jak swobodnie „ubrał” to zdanie w słowa. Kiedy uświadomił sobie, własną gafę, spojrzał na mnie nieufnie, czerwieniąc się po uszy.
- Sorry, to przez ten głupkowaty program, mtv… ja tego wcale nie oglądam, żeby nie było. To twoja babcia ma takie dziwne upodobania. – jego policzki przybrały jeszcze ciemniejszą barwę purpury.
Nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam gromkim śmiechem. Po paru sekundach dziadek mi zawtórował. Przez następne paręnaście minut rozmawialiśmy tak swobodnie, jak nigdy przedtem.
Dziadek Tadek był świetny.

<3~~<3~~<3


Kiedy w końcu weszliśmy do niewielkiego centrum handlowego, rzuciły się na mnie „żywe reklamy”, namawiające do zakupu jednego z przecenionych produktów.
Wybieranie bombek i choinek poszło nam szybko i sprawnie, a dzięki liście zrobionej przez babcię Teresę, również składniki do wypieków znalazły się w siatkach o odpowiedniej porze. Niestety, nigdzie nie mogliśmy znaleźć szpica na choinkę.
- Może będzie o tutaj. – dziadek wskazał na sklep z narzędziami.
- Chyba jesteś naprawdę zdesperowany, co dziadku? – powiedziałam żartobliwie, ale on tylko poklepał mnie po plecach.
- No już. Leć i załatw nam szpic na choinkę, gwiazdę betlejemską, czy cokolwiek tam chcesz.

Kiedy otworzyłam drzwi sklepu, powitał mnie dźwięk kolęd i pastorałek.
- Dzień dobry! – usłyszałam przyjemny bas.
Kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam chłopaka stojącego za ladą. Był mniej więcej w moim wieku. Miał proste, ustawione do góry ciemnobrązowe włosy i głęboko zielone oczy. Na jego ustach błąkał się uśmiech niczym z reklamy. Rozbroił mnie już na wstępie swoim szerokim uśmiechem.
- Cześć. Szukam szpica na choinkę. – powiedziałam, uśmiechając się niemal tak szeroko, jak on.
- I wybrałaś się po to właśnie do sklepu z narzędziami?  
- Cóż… jestem zdesperowana. – przyznałam uśmiechając się nieśmiało .
- Zauważyłam. – zaśmiał się. – Jednak muszę ci powiedzieć, że dobrze trafiłaś. Mam tutaj coś specjalnie dla tak pięknej klientki. – puścił mi oko.
Zatkało mnie na tą dziwną uwagę. Mimo wszystko, zrobiło mi się przyjemnie, w dodatku, że powiedział to taki przystojniak, jak on.
- Tak przy okazji, Marek jestem.
- Zuzanna.
- Bardzo ładnie.
Hmm ostatnio każdy mi to mówi.
Marek wyciągnął podłużne pudełeczko. Kiedy odkrył wieko, moje źrenice rozszerzyły się z zachwytu.  Spoglądałam na mieniący się pod wpływem lampy szpic. Był zbudowany z drobnych diamencików we wszystkich kolorach tęczy.
- Biorę to. – szepnęłam.
Zaśmiał się, widząc mój zachwyt.
- Nie jesteś z okolica, prawda?
- Tak. Przyjechałam spędzić święta u dziadków.
- Ach, to dlatego. Zwykle nie spotykam tutaj tak ładne dziewczyny.
Zarumieniłam się, słysząc ten komplement. Marek zrobił nagle tajemniczą minę, jakby przypomniał sobie coś złego.
- Zuziu, mogę cię prosić o przysługę?
- Tak. – odpowiedziałam zdecydowanie, sama nie wiedząc dlaczego tak bardzo chciałam spełnić jego prośbę.
- Nie chodź do okolicznego lasu dobrze? Grasują tam niebezpieczne zwierzęta, a także ludzie. Nie chciałbym, aby coś ci się stało.
- Jasne, nie ma sprawy.
Pożegnałam się z Markiem i zamknęłam za sobą sklepowe drzwi najszybciej, jak potrafiłam. Niebezpieczne zwierzęta i niebezpieczni ludzie… dziwne.
Oczywiście, że posłucham twojej rady, Marku. Pomińmy to, że ja już byłam w tym lesie. W dodatku nie sama…

<3~~<3~~<3


Minęło kilka dni od mojego przyjazdu do Mikulczyc. Zdążyłam zapomnieć o niecodziennej przestrodze Marka. Jego słowa nie tylko wzbudziły we mnie ciekawość, ale i podejrzliwość. Od tamtego czasu zdobył już mój numer telefonu oraz szybko zyskał moją sympatię. Dzisiaj, jednak, moją głowę zaprzątały porządki świąteczne.
Dziwiłam się, jak szybko zaaklimatyzowałam się w nowym miejscu. Dom dziadków był mi dotychczas obcy, a teraz czułam, że przynależę właśnie do tego miejsca, do tego fioletowego pokoiku. Tak samo było z mieszkańcami. Tutaj nie było kłamliwych, źle życzących ci osób. Każdy żył swoim życiem i starał się pomagać bliźniemu najlepiej, jak potrafi.
Byłam w trakcie mysia podłogi w swoim pokoju, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi.
- To pewnie moja koleżanka! Otworzę. – zawołała babcia z dołu. Wzruszyłam tylko ramionami i wróciłam do zajęcia. Nie wiedziałam, że się z kimś umówiła.
Prawie kończyłam, kiedy usłyszałam kroki.
- Kopciuszek, Hmm? Ta wersja jest taka… chyba muszę ściągnąć kurtkę. – usłyszałam za swoimi plecami.
W progu stał Kacper, patrząc na mnie przeciągle i lustrując z góry na dół.

1511074_631004656960427_1884350743_n.jpg

  •  
  • Pozostało 1000 znaków